Co się stało z kobietami, które były w Solidarności?

Amerykańska badaczka Shana Penn, autorka książki „Podziemie kobiet” pisze, że w NSZZ Solidarność było po 50% kobiet i mężczyzn. Tymczasem we władzach kobiet było tylko 8%. W obradach Okrągłego Stołu, dopiero w drugim posiedzeniu brała udział kobieta (słownie: jedna) – Grażyna Staniszewska. Tymczasem to właśnie kobiety doprowadziły do strajku solidarnościowego. Anna Walentynowicz, Alina Pieńkowska i Ewa Ossowska zatrzymały robotników, który opuszczali stocznię po podpisaniu z dyrekcją porozumienia w sprawie postulatów, o które walczyli pracownicy zakładu. To one przekonały ludzi, aby zostali i strajkowali na rzecz mniejszych przedsiębiorstw, które bez solidarnościowego działania przegrałyby walkę. Na zewnątrz zadziałała również kobieta, Henryka Krzywonos, która zatrzymała gdańskie tramwaje.

Te kobiety w początkach strajku wykazały się przywódczymi cechami, przemawiały, motywowały ludzi, organizowały strajk, negocjowały porozumienia. Dlaczego zniknęły w późniejszym okresie? Co się stało z działaczkami skupionymi wokół „Tygodnika Mazowsze”, które zorganizowały podziemie Solidarności po wprowadzeniu stanu wojennego? W latach 80-tych musiały być niewidzialne, na rękę im było, że służby nie traktują kobiet poważnie. Dlaczego jednak nie pojawiły się we władzach reaktywowane związku „Solidarność” w 1989 r.? Dlaczego mało która kandydowała do Sejmu w pierwszych demokratycznych wyborach? I jeszcze jedno ważne pytanie, czy gdyby było ich więcej nasza teraźniejszość wyglądałaby inaczej? Czy gdyby stanowiły większą grupę w miejscach decyzyjnych ówczesnej Polski, udałoby się im wpłynąć na kształt reform?

Na drugie pytanie nie znajdziemy odpowiedzi. Zastanówmy się jednak, dlaczego kobietom trudno było zdobyć lub utrzymać przywództwo. Najłatwiej byłoby odpowiedzieć, że zostały „wycięte” przez mężczyzn w walce o „stołki”. Świetnie sprawdzały się w codziennym działaniu, gdy jednak doszło do konstytuowania się władz, zostały różnymi sposobami pozbawione możliwości piastowania stanowisk w zarządach, prezydiach, nie dopuszczano ich na listy wyborcze, itd. Wiele wskazuje na to, że tak właśnie było w przypadku Anny Walentynowicz czy Barbary Labudy. Niestety to tylko część prawdy. W dużym stopniu od władz kobiety odsunęły się same. Czy jednak same są sobie winne? Otóż NIE.  Nie funkcjonowały przecież w próżni, tylko w społeczeństwie. Były pod wpływem zewnętrznych i wewnętrznym mechanizmów społecznych, które utrudniały podejmowanie decyzji i podejmowanie działań.

Co to za mechanizmy? Łatwo je rozpoznać czytając wypowiedzi działaczek opozycji we wstępie do książki Marty Dzido „Kobiety Solidarności”: „Mnie chodziło o sprawiedliwość, o demokrację, a nie oto, żeby być w podręczniku”; „Siedziałam w więzieniu, byłam zatrzymana, no tak, ale wtedy wszystkich zatrzymywali. To nie było nic wielkiego”; „Wtedy robiłam co trzeba było zrobić, i się nie zastanawiałam. Nie chcę żadnych orderów”, itd. Jak  zbadała Carol Gilligan, my kobiety, mamy wdrukowane działanie dla rodziny, społeczności, wspólnego dobra. Naszym obowiązkiem jest zadbanie o dobrostan ludzi wokół nas. Nie wolno nam walczyć o swoje potrzeby, a nawet domagać się docenienia za pracę na rzecz innych. Mamy czekać, aż inni nas zauważą. Jeśli to nie nastąpi przełknąć szybko gorzkie łzy rozczarowania i iść do przodu rozdając uśmiechy, aby nie psuć dobrej atmosfery. Często zresztą same nie widzimy własnych osiągnięć, uznając skromnie „A co ja takiego zrobiłam, to normalne”. Dlaczego? Bo mamy w sobie wewnętrznego policjanta, który nie pozwala nam przekraczać wytyczonych granic. Gdyby on nie zadziałał, a my spróbujemy wepchać się do pierwszego szeregu,  zostaniemy boleśnie ukarane przez otoczenie. Te doświadczenia tak mocno wgryzą się w nasze ciało i umysł, że nie będziemy próbować ponownie. I tak koło się zamyka, koło po którym krążymy od setek lat.

Może to się wydawać przerysowane, ale w wielu środowiskach nadal tak jest, a na pewno było przed 30-40 laty. Kiedy kobiety próbowały postępować inaczej pokazywano im, gdzie jest ich miejsce.  Zdarzało się, że kiedy chciały być widzialne, wchodzić do władz czy kandydować do Sejmu były ośmieszane lub odsądzane od czci i wiary. Świetnie to ilustruje przypadek Barbary Labudy, którą nazywano „kochanką Frasyniuka”, „suką, która zostawiła własne dziecko i zabawiała się w konspirację”. Natomiast mężczyzn, którzy tworzyli Solidarność, a potem siedzieli w więzieniu i działali w podziemiu okrzyknięto bohaterami. Ich nazwiska i zdjęcia pojawiały się w mediach, z czasem w podręcznikach szkolnych i książkach.

Warto też dodać, że z relacji fotograficznych i filmowych kobiety prawie zniknęły. Jeśli pojawiają to w roli „matki Polki”, która robi kanapki, przynosi jedzenie oraz siedzi w domu i czeka. I rzeczywiście, jak mówi Ludwika Wujec, istniała „cała armia kobiet karmiąco, opierająco-ukrywających”, o których też należy pamiętać. Ale były też liderki, bez których podziemna działalność Solidarności w ogóle by nie istniała po 1981 roku. W tamtych czasach często działały pod pseudonimami męskimi. Nie tylko dlatego, żeby lepiej się ukrywać, ale z innej, bardzo prozaicznej przyczyny. Mężczyźni działający w podziemiu nie przyjęliby poleceń o „baby”. Aby stać na czele struktury i być poważnie traktowaną trzeba było „przyjąć płeć męską”. To spowodowało, że potem jeszcze trudniej było ujawnić się i działać już otwarcie na rzecz tworzącej nowej Polski.  A jeśli nawet działały otwarcie i otrzymywały propozycje stanowisk znów wkradał się wewnętrzny policjant, który kazał je odrzucać z „braku” wystarczających kwalifikacji. Okazuje się, że miał je elektryk, a kobiety  z wyższym wykształceniem i doświadczeniem zawodowym już nie 🙁

Nie chciałabym zakończyć z wrażeniem, że jako kobiety same to sobie robimy. Takie podejście wpędza w poczucie winy i nie pozwala zrobić kroku w kierunku zmian.  Chodzi o to, aby wyciągać wnioski z historii. Aby uświadamiać sobie wewnętrzne i zewnętrzne ograniczenia i dokopywać się do ich przyczyn. Aby szukać rozwiązań i sukcesywne wprowadzać zmiany w polityce, ale również w edukacji. W naszych podręcznikach muszą pojawić się kobiety, które tworzyły i budowały Solidarność, a także inne działaczki, naukowczynie, malarki, architektki, polityczki, itd. One są potrzebne dziewczynkom i chłopcom, aby zmienić obraz ról obu płci i zbudować nowy bardziej sprawiedliwy ład. Abyśmy, jak domagają się tego bohaterki książki Marty Dzido, mogli zacząć mówić o człowieku, a nie dzielić społeczeństwa na kobiety i mężczyzn.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *