Czy społeczeństwo może się uczyć na cudzych błędach?

Lektura książki Marka Orzechowskiego „Holandia. Presja depresji”, szczególnie jej ostatnich rozdziałów nasunęła mi refleksje dotyczące rozwoju społeczeństw oraz obecnej sytuacji w Polsce i na świecie. W 2000 r. Holendrom udało się wypracować kompromis polityczny, który miał zapewnić „wzrost odpowiedzialności społecznej, wolność gospodarki, zachowanie dobrobytu i ograniczenie wydatków”. Wszystkie grupy społeczne „wspólnie dźwignęły ciężar problemów i porozumiały się co do rozwiązania”. Inne kraje spoglądały na niderlandzki sukces z zazdrością, bo wydawało się, Holandia jest na dobrej drodze do wypracowania tzw. trzeciej drogi, czyli modelu innego niż gospodarka wolnorynkowa i protekcjonizm państwa. Niestety wkrótce okazało się, że zaciskanie pasa dotyka głównie tych, którzy i tak już są „ściśnięci gorsetem”. W efekcie duża część społeczeństwa straciła zaufanie do państwa, które głównie realizowało potrzeby elit i stała się podatna na głos populisty Pima Fortuyna, który nie miał żadnego programu, za to bez pardonu krytykował obecną politykę i wygłaszał wewnętrznie sprzeczne wizje o nowoczesnej i otwartej Holandii, jednocześnie zamkniętej na obcych. Jego hasłem było „Mówię, co myślę, i robię, co mówię”, co oznaczało przekraczanie granic i lekceważenie dobrego smaku. Fortuyn liczył na głosy wszystkich niezadowolonych, którzy myśleli podobnie jak on, ale bali się o tym mówić. I rzeczywiście znalazł ogromną ilość zwolenników. O tym, że nie wygrał wyborów zdecydował tragiczny incydent, ponieważ został zamordowany przez młodego aktywistę, który uznał go za nowego Hitlera.

Czy to wszystko nie brzmi znajomo? Czy nie mogliśmy wobec tego kilkanaście lat temu przyjrzeć temu, co się dzieje w Holandii? Czy nie można było przeanalizować sytuacji, wyciągnąć wniosków i poszukać dróg, które zapobiegłyby pauperyzacji dużej części europejskich i amerykańskich społeczeństw wystawionych obecnie na „pastwę populistów”, bo nikt nie słuchał ich głosu.  Niestety, na cudzych błędach trudno się uczyć i mało komu się to udaje. Jest to niekiedy wręcz niemożliwe, ze względu na różny charakter społeczeństw, wielkość kraju, ilość mieszkańców, stan gospodarki. Samym Holendrom zresztą nie udało się, ponieważ ich problemy się nie zostały rozwiązane. Obecnie już jedna trzecia społeczeństwa jest zmarginalizowana, a grupa ta z każdym rokiem rośnie.

Dlaczego tak się stało? Najłatwiej za wszystko obwinić globalizację, szczególnie, że w Holandii właśnie, jak nigdzie indziej na świecie, została ona wprowadzona na szeroką skalę. Jednak globalizacja to jedna z twarzy kapitalizmu, a jak twierdzi autor „Holandia była kapitalistyczna od zawsze, ale był to kapitalizm z ludzką twarzą. (…) Jeszcze niedawno stawiana była za wzór symbiozy człowieka i państwa zezwalającego na osiągnięcie życiowego zadowolenia bez czekania na raj w niebie.” Holendrzy po prostu współpracowali z państwem, a czynili to przez wspólnoty wyznaniowe, które dbały o potrzeby i interesy swoich członków.

Niestety po wojnie nastąpiła sekularyzacja i społeczeństwo uległo dezintegracji. Jednostki nie były w stanie bronić się przed zmianami, które wprowadziła globalizacja. Kiedy zabrakło ochrony silnych grup społecznych skupionych wokół jednego systemu wartości tysiące niedopasowanych do nowych warunków, słabszych, mniej przedsiębiorczych pozostawiono samym sobie. Ich zakłady pracy są zamykane, a zawody, które wykonują przestają istnieć. Często nie chcą lub nie mogą przenieść się do dużych miast, które skupiają bogactwo i pracodawców, hołdujących odhumanizowanej kulturze korporacyjnej nastawionej tylko na zysk. Zanikają też firmy rodzinne oparte na więzi z pracownikami, oferujące poczucie bezpieczeństwa i wzajemny szacunek. Kolejna przestrzeń, w której ludzie budowali wspólnoty zostaje zredukowana do indywidualnych, płytkich kontaktów. Tworzą się oczywiście nowe grupy oparte na networkingu i są bardzo silne skupiając w swoim ręku  władzę. Nie mają jednak wymiaru moralnego i nie dbają o człowieka przez całe jego życie, w lepszych i gorszych okresach. Dbają natomiast o jednostkowy interes silniejszych przechodząc obojętnie wobec potrzeb tych, którym pomoc jest niezbędna do godnego życia.

Jak możemy skorzystać z holenderskich doświadczeń? Czy sa jakieś wskazówki, które warto sobie wziąć do serca? Marek Orzechowski napisał, że Holandia ma szansę na rozwiązanie problemów m. in. dzięki nawykowi dyskutowania i stawiania pytań. Może i my jesteśmy coraz bardziej gotowi do debaty publicznej? Społeczeństwo jest wprawdzie bardzo podzielone i jeśli pozostanie w takim układzie przez dłuższy czas może to być zabójcze dla jego rozwoju. Jednak właśnie ta sytuacja tworzy szansę, bo stanowiska obu stron dosyć jasno się krystalizują. Teraz już tylko wystarczy zacząć słuchać się nawzajem. A gdzie? Najlepiej po sąsiedzku, w najbliższym otoczeniu. Tu będziemy mogli łatwo zidentyfikować swoje potrzeby i sprawdzić,  na ile różnią się od potrzeb naszych oponentów. Zwykle okazuje się, że mamy wiele punktów wspólnych i daje się wypracować rozwiązanie korzystne dla obu stron. Dzięki temu zbudujemy też stabilną wspólnotę lokalną, w której znajdzie się miejsce i dla silniejszych i dla słabszych. A, jak wiemy z holenderskiego przykładu, silne grupy lokalne są dobrym partnerem do negocjacji i współpracy z państwem.

Sprawy lokalne, to często sprawy, które poruszają nas najbardziej. Przykładem mogą być ostatnie protesty dotyczące wycinki drzew czy też stworzenia metropolii warszawskiej. Ludzie stają się coraz bardziej aktywni w obronie własnych interesów. Samorządy natomiast otwierają się na głosy mieszkańców. Ciekawym przykładem był panel obywatelski zorganizowany w Gdańsku. Jego tematem było „Jak lepiej przygotować Gdańsk na wystąpienie ulewnych opadów deszczu w ramach adaptacji miast do zmian klimatu?”. 9 tysięcy gdańszczan dostało zaproszenia, a następnie wylosowano ponad 60 panelistów, którzy odzwierciedlali strukturę miasta. Paneliści spotkali się z ekspertami, przedstawiciela organizacji pozarządowych, rad dzielnic i mieszkańców, aby poznać temat, a następnie wypracowali rekomendacje najkorzystniejsze dla miasta. Ze współpracy są zadowolone obie strony, mieszkańcy, bo mają wpływ na podejmowanie decyzji dotyczących otoczenia, w którym żyją, a pracownicy samorządu lokalnego, ponieważ otrzymali informacje i uwagi, na które sami by nie wpadli. Kolejne miasta i gminy są zainteresowane tym rozwiązaniem. Warto też zacząć brać pod uwagę głos dzieci i młodzieży.

Nie czekajmy, aż władze coś zaproponują. Zgłośmy się sami ze swoimi pomysłami 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *